taka bania

taka bania, że po raz kolejny przekonuje sie że robienie wszystkiego na ostatnią chwile jest ryzykowne… mimo ze wiem dobrze o tym to nadal to robie… lekka z rana mnie zmuła złapała że niby nie dam rady i może lepiej październik… ale na razie popisze może zdążę i nie zrobię lipy.

w ogóle scena jak z amerykanckeigo filmu, pada deszcz, czekam na niego kilka godzin, potem mowie co i jak, następnie on niespodziewanie idzie mi na rękę, i przestaje padać deszcz i w ogóle tęcza na kampusem i wszyscy się cieszą…

…a potem Polska gra w Euro…

Difens

Przyleciał chłopak na  difens, wszyscy mówią mu, że zeszczuplał, niektórzy nawet porównań użyli ; ) , ja myślę, że trochę się szczurowaty zrobił.. ( żaden diss). Przed wejściem wszyscy trochę srali, ze strachu którego nie było…  potrzaskałem trochę fot i wiem jak to wygląda już na trochę przed moją własną difens.

Po grupowej focie z samymi zadowolonymi twarzami, podbiłem ich obiegówki i wiem jak to wygląda już na trochę przed moją własną difens.

Potem biblioteka i obiadowy relaks, po obiedzie jeszcze lody, podróby Magnum, aż trzy zjadłem. Magister  i MamaGisterka zjedli po jednym. Potem rampa szybkie bro, placek z kluczami, pan co chciał na piwo ale nie dostał i relokacja na ulice O.1.

Tam MamyGisterki (już nie jedna), i w ogóle wesoło i pociesznie, nawet teatr był, niektórym zagłuszali przedstawienie i podeptali i m w trakcie stopy…

Następnie Haj i do tego woda z cytryna dla jednych browar dla drugich, jedna zbierała skarby, ale że nie śpiewała jak liber dałem jej nowy skarb do kolekcji. Dałem %wy wykład o aparatach a potem jeszcze tekst o oczach w domu i wesoło się gadało. Była jeszcze koleżanka, której dawno nie widziałem – zmieniła kolor włosów – ale sobie zaraz poszła…

Dziękujemy wszystkim partycypantom poranka, popołudnia i wieczoru. Bardzo przyjemnie było. Miał być tez wspólny lot rajanem, ale z tego co wiem to niestety czasy się nie zgrały…

Mam nadzieję, że się wszystko układa już tam ci teraz.

A Pani, przepraszam pannie… A Pannie, której dziś podesłałem kawałek Ryśka życzymy wszystkiego najwspanialszejszego (takie kryptożyczenia).

Teraz jeszcze 3 Indjana Dżołnsy in a row, każdy z diwidi, co by sobie przypomnieć najlepsze momenty, bo jutro do kina.

Panik des letzten Moments?

Kupiłem wczoraj grudniowy przekrój z filmem, na który czaiłem się od marca. Na szczęście nie wszystkie kioski sprzedają wszystko i pozbywają sie wszystkiego. Po czym obejrzałem to między 24tą a 3cią.

Podłapałem za pomocą bloga jednego opolskiego rapera, hasło, slogan już bardzo dobrze znany – panika ostatniej chwili. Jeśli chodzi o moją MA, to mimo wszystko taka panika mi się nie udziela, choć wiadomo że 10ty szósty to już ostateczny deadline, i jak nie zaniosę do przybicia stempla, to trzeba potem załatwiać i kombinować. Niby nie mam tzw. stresa, jak na przykład ten pan, co do wczoraj nie wiedział co się z jego MA dzieje i poschizował się troszkę… ale wszystko się zakończyło hepi endem(choć to żadna hollywódzka produkcja). Na jakiś pompatyczny hepi end nie liczę, ale mam nadzieję że uda mi się na czas wszystko załatwić. I zacytuje tego pana, co napisał podobno w tydzień MA, najlepszy bat to czas. Robiąc wszystko na ostatni moment, lekko w pośpiechu, czasem masz to uczucie po udanym ukończeniu zadania, że mogłes zrobić to 100razy lepiej, ale to chyba prawie tak zawsze?

A dziś mamy zachmurzenie nikłe, temperatura powietrza ponad dwadzieścia stopni Celsjusza, ciśnienie wody w wodociągach nieoczekiwanie spadło, czarnych worków nie ma, bo ktoś się lisi i nie jest to Pam Grier jako Foxy Brown.

Jeszcze muszę napisać list mot. i życiorys…